Czajki w Tatrzańskim Parku Narodowym

Tatrzański Park Narodowy dostarczył nam mnóstwo emocji.

Pierwsza była nocna burza. Spaliśmy na campingu w Poroninie. Najpierw nasz namiot się zatrząsł w silnym porywie wiatru, potem wiatr ustał, za to uderzyły pierwsze krople deszczu. W ciągu kilku minut deszcz zmienił się w wielką ulewę, przerywaną błyskami piorunów i hukami grzmotów. Mając w pamięci bliskość wysokich gór, wyobrażałam sobie, że niedaleko nas, na zboczach gór skalne giganty miotały w siebie głazami. Odgłosy były niesamowite, a wrażenie było potęgowane tym, że od tego gwałtownego spektaklu dzieliły nas tylko cienkie ścianki namiotu.
Mimo ogromnego hałasu dzieci spały spokojnie, a rano, zgodnie z pierwotnym planem wszystko ustało i wstaliśmy o 6, aby już o 7 być przy kolejce na Kasprowy Wierch. Byliśmy bardzo dumni z siebie i dzieci że tak pięknie, sprawnie i cicho zebraliśmy się rano z campingu.

Poprzedniego dnia nasłuchaliśmy się jak wielkie kolejki są do (nomen omen) kolejki i że 7 rano może nie być wystarczająco wczesną godziną, aby sprawnie dostać się na górę. Nie wiem, czy to kwestia naszego szczęścia, nocnej burzy czy jednak nieuzasadnionej złej sławy, ale o 7 tego dnia kolejki nie było i wyruszyliśmy bardzo z siebie zadowoleni już pierwszym wagonikiem na górę.

Po drodze i na szczycie zostaliśmy nagrodzeni pięknymi widokami. Między szczytami i w dolinach przepływały białe chmury i mgły, powietrze pachniało cudownie. Widok rozpościerający się na północ był cudownie metaforyczny – oto z wysokiego szczytu spoglądamy na rozpościerającą się przed nami Polskę.

Zachwyceni widokami postanowiliśmy zrealizować nasz pierwotny plan i udać się czerwonym szlakiem na wschód w stronę Przełęczy Świnickiej i tam zejść czarnym szlakiem w stronę przełęczy Karb lub do schroniska Murowaniec, w zależności od sił.

Kiedy byliśmy na Liliowe ze słowackiej strony przeszły chmury na południową stronę i wszystko pogrążyło się w białej mgle. Byliśmy w połowie drogi do Przełęczy Świnickiej i postanowiliśmy kontynuować. Po kilku minutach złapał nas najpierw delikatny deszczyk, a po kolejnych 10-15 minutach ulewa. Nie było drogi odwrotu – chcieliśmy jak najszybciej zejść z grani. Wrażenie było niesamowite – buty napełniły nam się w ciągu kilkudziesięciu sekund, ale o dziwo nadal dobrze trzymały stopy. Po zejściu na czarny szlak już nie zwracaliśmy uwagi czy idziemy środkiem spływających potoków czy brzegiem – wszędzie było równie mokro. Dzieci zmobilizowały chyba swoje wszystkie siły i pokłady energii i dzielnie parły na przód.

Nagrodą za ten intensywny i niespecjalnie chciany prysznic były kolejne piękne widoki. Jak chmury się rozeszły, poczuliśmy się jak w krainie magii patrząc na roztaczającą się przed nami soczystą dolinę z błyszczącymi stawami. Cały świat tylko dla nas. Przemoczeni udaliśmy się prosto do schroniska, jednak po drodze udało nam się jeszcze na zboczu wypatrzeć górską kozicę, co podniosło bardzo morale dzieci.

Po wyruszeniu ze schroniska otaczał nas już inny świat. Wyszło słońce, wszystko parowało, temperatura się podniosła. Na szlaku pojawiło się dużo ludzi, a każdym kilometrem coraz więcej. Było pięknie, ale już nie tak dziko, nie mieliśmy już tego pokornego uczucia, że jesteśmy tylko małymi ludźmi w pięknym świecie natury. Teraz ludzie otaczali nas z każdej strony i poziom magii spadł. I w związku z tym nie żałuję tego szaleńczego spaceru w deszczu – była i przygoda, i wyzwanie i dzikość natury, którą mogliśmy podziwiać bez zakłóceń. Mamy lekkie poczucie wstydu, że może ta wycieczka była trochę nieodpowiedzialna i może powinniśmy byli zawrócić, ale Tatry były dla nas łaskawe i potraktowały nas litościwie. Rozumiem wszystkich którzy są skłonni wstawać ze świtem, aby bez tłumów poczuć ten niesamowity zachwyt i satysfakcję towarzyszącą samotnemu obcowaniu z tymi majestatycznymi górami.

Następnego dnia zaplanowana była wycieczka z pracownikiem Parku Narodowego. Nasza grupa miała się spotkać z drugą grupą o godzinie 11 na polanie pod Kopieńcem. Ponownie wstaliśmy bardzo wcześnie dzięki temu po drodze na miejsce spotkania mogliśmy się cieszyć względnie pustymi szlakami. Piszę względnie, bo ewidentnie dobra pogoda spowodowała, że więcej ludzi uznało za uzasadnioną poranną pobudkę i wczesny wymarsz.

Nie mniej dzięki temu mieliśmy wystarczająco czasu, aby po drodzę skręcić na Nosal z którego rozciągały się piękne widoki na Tatry Wysokie i mogliśmy zobaczyć, gdzie byliśmy poprzedniego dnia.

Ten spacer był zupełnie inny niż poprzedni. Otaczała nas soczysta zieleń niższych partii gór, słońce pięknie świeciło, było cudnie. Jednak z każdą minutą na szlaku przybywało ludzi włącznie z wielkimi grupami, do której to kategorii my też się zaliczyliśmy, spotykając coraz więcej osób z Dzikiej Odysei. Na szczycie Wielkiego Kopieńca było tak ciasno, że trudno było nie mieć skojarzeń z centrum handlowym w czasie świątecznych wyprzedaży.

Popularność Tatr jest w moich oczach ich wielką wadą i uniemożliwia w pełni cieszyć się obcowaniem z naturą. Zakochałam się w widokach i w tych górach, ale jeśli kiedyś będziemy planowali powrót, to wyszukując jak najmniej popularnych terminów i z założeniem wyruszania na szlak o świcie. Tylko to może pozwolić na satysfakcjonujące doznania.

Przeglądaj wszystkie Polskie Parki Narodowe i dowiedz się, w jakiej porze roku najlepiej pojechać do wybranego Parku Narodowego.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Tematycznie

Powiązane Wpisy

Zakończenie Dzikiej Odysei

Ekspedycja Pionierów dobiega końca. W połowie lipca jesteśmy w drodze z Magurskiego Parku Narodowego do ostatniej naszej bazy terenowej w Tatrzańskim Parku Narodowym. Po drodze