Był szary jesienny dzień, ale wstałam z łóżka z uśmiechem na twarzy. Tak to dzisiaj, dzisiaj wyjeżdżamy w Góry Stołowe! Wraz z tatą i rodzeństwem zjedliśmy szybkie śniadanie. Pożegnaliśmy się z mamą, Maćkiem i Mikołajem i wyruszyliśmy.

Z początku podróż okropnie mi się dłużyła, ale kiedy zjechaliśmy z drogi dwupasowej i mogłam podziwiać przepiękne widoki, zrobiło się naprawdę interesująco.

Gdy dojechaliśmy do celu przebrałam się w trochę za duże górskie buty i wyruszyliśmy w drogę na Szczeliniec Wielki. Jest to najwyższy szczyt Gór Stołowych. Ma on 919 m n.p.m. więc przygotowałam się na długę wspinaczkę. W istocie górski szlak był niezbyt trudny.

Głębokie szczeliny i piękne skały sprawiły, że czułam się jak odkrywca w nieznanym miejscu. Na szczycie tuż obok skalnego urwiska stało schronisko ginące w mroku zbliżającego się zmierzchu. Byłam podekscytowana, gdyż miałam tu spędzić noc. Tego wieczora długo nie mogłam zasnąć, bo na dworze bardzo wiało. Wiatr w górach brzmi o wiele inaczej niż w naszym domu, na nizinach. Wiedziałam też, że gdy otworzę rano oczy będzie to wyjątkowy dla mnie dzień, moje 11 urodziny.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, aby obejrzeć wschód słońca. Bardzo silnie wiało. Weszliśmy na punkt widokowy przed schroniskiem. Niestety okazało się że skały zasłaniają słońce. Byłam zawiedziona. Na szczęście tata powiedział, że po drugiej stronie Szczelińca wszystko widać. Więc ruszyliśmy żwawo na drugą stronę góry. Dotarliśmy w samą porę! Czerwone słońce już pojawiło się nad widnokręgiem, okolicę zalała jakby fala promieni słonecznych. Było tak pięknie. Zrobiłam kilka zdjęć telefonem na pamiątkę. Długo napawaliśmy się widokiem i bawiliśmy się podmuchami silnego wiatru, który rozwiewał nam włosy. 

Po dłuższym czasie wróciliśmy do schroniska. Tata i moje rodzeństwo zaśpiewali mi “Sto lat”. Dostałam też kubek i zakładkę ze Szczelińca. Po ciepłym śniadaniu zeszliśmy w dolinę, aby wziąć udział w Dzikim Widowisku. Było bardzo ciekawie. Szczególnie podobała mi się piosenka “A łimbołe, ruszamy na wyprawę”. Później, razem z moją siostrą Małgosią, wymyśliłyśmy do niej układ choreograficzny. Zabawnie jest śpiewać i pokazywać wędrując górskim szlakiem.

Po spotkaniu mieliśmy zobaczyć Skalne Grzyby, ale silny wiatr przewrócił drzewa na szlak, więc pojechaliśmy do Błędnych Skał. Gdy przechodziliśmy przez labirynt miałam wrażenie, że niesamowite formy skalne zwalą się na nas. Przejścia były wąskie, przenikające jedne w drugie. Pani przewodnik opowiadała nam jak kręcono tutaj sceny do filmu Opowieści z Narnii. Usłyszeliśmy, że kolor liści na brzozach rosnących przy wyjściu z Błędnych Skałach okazał się nieodpowiedni, więc przywieziono inne ścięte drzewa tego gatunku, oberwano z nich liście i doklejono plastikowe! Po usłyszeniu tej historii stwierdziłam, że chciałabym jeszcz raz obejrzeć film i zobaczyć te dziwne, wiecznie – zielone brzozy.

Pod koniec dnia wróciliśmy do ośrodka gdzie mieliśmy przenocować. Gdy leżałam już w łóżku pod ciepłą kołderką pomyślałam – Ciekawe, ile “dzikich przygód” przeżyję kolejnego dnia w czasie wycieczki do Skalnych Grzybów?

Marysia, lat 11