Zanim rozpoczęliśmy rodzinny projekt Dzikiej Odysei w polskich parkach narodowych wydawało mi się, że atrakcyjność parków jest proporcjonalna do ich rozmiaru. Przyzwyczajenie do zdobywania z plecakiem tatrzańskich szczytów i przemierzania na rowerze górskim beskidzkich szlaków powodowało, że na wszystkie parki patrzyłem z perspektywy ich atrakcyjności “ekspedycyjnej”.

Tymczasem już drugi park w Odysei pokazał mi, że to zupełnie nie o to chodzi. Fascynacja i determinacja z jaką moje dzieci ciągnęły mnie do parku przed świtem i wracały do niego o zachodzie słońca, aby oglądać odloty i przyloty ptaków, dowiodła, że każdy z parków ma coś innego do zaoferowania i jest to tak różne od innych, że nawet nie da się tego porównać.

Wyprawa w Góry Stołowe wydawała się jednak czymś znanym. W końcu to góry, które “trzeba” zdobywać. Wyjechaliśmy wcześnie rano, aby uniknąć ruchu turystycznego i zdobyć Szczeliniec jak najwcześniej. Po cichu liczyliśmy na efekt morza chmur, który zrobił na nas takie wrażenie w Pieninach, na Trzech Koronach. Zapowiadało się, że nam się uda. Kotlina Kłodzka przez którą jechaliśmy była cała zamglona. 

Na podejściu Szczeliniec zauroczył nas baśniowym efektem jaki dawała intensywna zieleń mchu pokrywającego podłoże lasu i wystające jak posągi piaskowe skały przykryte również czupryną mchu,zmierzwioną przez rosnące na nich krzewy i małe drzewka. Do tego mgła, przez którą przebijały się jak strzały promienie wschodzącego słońca, nadająca otoczeniu charakter rodem z opowieści fantasy. Mieliśmy wrażenie, że przenieśliśmy się do krainy Hobbitów lub do Narnii.

Gdy dotarliśmy na szczyt widoczne były jeszcze chmury opierające się od strony Radkowa o Góry Stołowe i próbujące przedrzeć się na ich czeską stronę. Przyroda malowała przed nami przepiękny obraz, na którym biel chmur kontrastowała z niesamowitą mieszanką jesiennych kolorów, od żółci na łąkach przez pomarańcz zapadających w zimowy sen modrzewi do głębokiej zieleni świerkowych lasów na otaczających szczytach.

Wydawało się nam, że już po wszystkim, Szczeliniec “zaliczony” i teraz możemy się udać na Narożnik, w Błędne Skały lub do Skalnych Grzybów. Tymczasem na zejściu czekała nas miła niespodzianka. Poszliśmy szlakiem letnim, który zaczyna się za schroniskiem i prowadzi przez labirynt skał, szczelin, tuneli i formacji skalnych o najdziwniejszych kształtach. Co jakiś czas z wąskiej szczeliny pomiędzy wysokimi skałami wychodziło się na występ skalny lub taras, z którego można było podziwiać przepiękne widoki na otaczające góry i doliny, od Karkonoszy na północnym zachodzie po masyw Śnieżnika na południowym wschodzie.

Zaskoczyły nas małe odległości, wejście z Karłowa zajęło nam zaledwie pół godziny i to z przystankami na robienie zdjęć. Ale zejście, podczas którego chcieliśmy zajrzeć w każdą szczelinę i sprawdzić wszystkie drogi między skałami, a także nacieszyć się niesamowitymi widokami, zajęło nam ponad dwie godziny. Schodziliśmy zmęczeni i zadowoleni. 

Serca wypełniała nam radość i rosnąca ciekawość, co jeszcze może nas zaskoczyć w tym niewielkim parku chroniącym unikalne skarby geologiczne…. W ciągu tych kilku dni spędzonych w Parku Narodowym Gór Stołowych zachwycaliśmy się każdą chwilą, każdym widokiem, podczas wędrówek pieszych i podróży samochodem. Nawet przejazdy pomiędzy atrakcjami tego parku dostarczały niesamowitych wrażeń podczas pokonywania Drogi Stu Zakrętów.

Pozdrawiam,
Kazimierz Łodziński