Grudniowy, zimny, bezśnieżny dzień. Każdy śpioch chętnie by jeszcze drzemał, ale my podróżujemy samochodem, aby zdążyć na Dzikie Widowisko. Nasz skład jest okrojony. W zasadzie jesteśmy delegacją rodzinną. Pozostała część leczy się z infekcji. Tylko najodporniejsi stawią czoło mroźnej przygodzie.

Pierwszy przystanek – Dzikie Widowisko oraz Muzeum Wigier.
Drugi – wylęgarnia ryb w dawnym tartaku.
Trzeci – poszukujemy smaku wigierskiej sielawy. W restauracji pod nieobecność tej ryby delektujemy się sandaczem. Historia sielawy zamienionej w sandacza była taka.

Podszedł do nas kelner i zapytał:
– Czego państwo sobie życzą?
– Czy jest sieja lub sielawa? – odparł tata.
– O tej porze roku niestety nie – usłyszeliśmy odpowiedź.
Na to włączył się do rozmowy mój trzyletni brat Mikołaj:
– A… sandacz?
Zdziwiliśmy się ogromnie, ponieważ nie przypuszczaliśmy, że Mikołaj zna gatunki ryb! Kelner niezbyt zaskoczony powiedział:
– Tak jest.
Tata zamówił danie, czyli sandacza w sosie grzybowym. Był wyśmienity!

Przystanek czwarty – czas na odpoczynek pod ciepłą kołderką. Nocujemy tuż obok siedziby WPN.
Wcześnie rano, przystanek piąty – klasztor kamedulski, z którym wiąże się wiele legend. Niedzielna Msza święta w historycznej świątyni.
Przystanek szósty – niezwykle dzika wyprawa w teren. Ta część przygody spodobała mi się najbardziej, dlatego opiszę ją trochę dokładniej.

Wyruszamy na ścieżkę edukacyjną “Las”. Przy wejściu na szlak stoją wielkie ule dla pszczół murarek, tak powiedział tata. W pewnym miejscu widzimy na sośnie dziwne nacięcia. Okazuje się, że tu zbierano żywicę. Dalej przechodzimy obok malowniczych jeziorek – sucharów po dość szerokich drewnianych kładkach.

Zachwycamy się pięknem późno jesiennego świata. Najbardziej zależy nam na spotkaniu śladów obecności bobra. Na szlaku znajdujemy żeremie, czyli domek bobra oraz zgryzy tego ssaka. Zgryz to pieniek drzewa pozostały po uczcie gryzonia. Kiedy szlak się kończy wywiązuje się rozmowa, którędy wrócić do samochodu. Gosia i ja proponujemy, aby wrócić tą samą drogą, ale tata prowadzi nas na jakąś inną ścieżkę.

Trochę marudzimy, że to nie ta droga, ale w końcu dajemy za wygraną. Wchodzimy na szeroką polną drogę po kilkunastu metrach zauważamy dużą stertę gałęzi obok strumyka. Nagle ktoś mówi: “przecież to kolejne żeremie!” Widać nawet gdzie bóbr schodził do wody, ponieważ na piasku odcisnęły się liczne ślady. Dobrze, że w Muzeum Wigier dowiedzieliśmy się jak wygląda trop bobra! Wszyscy są wdzięczni tacie, że poszliśmy tym szlakiem. W końcu wychodzimy obok parkingu. Patrzymy na tatę zaskoczone, że już wróciliśmy do punktu wyjścia.

To była niezapomniana przygoda w krainie bobra!
Marysia, lat 11