Po – Ranny Łoś w Kampinowskim Parku Narodowym z rodziną Łodzińskich

Kampinos to nasz drugi dom. Mieszkamy całkiem niedaleko lasu, w zasadzie po drugiej stronie drogi szybkiego ruchu, oddzielającej Puszczę od podwarszawskiej miejscowości Łomianki. Można powiedzieć że mieszkamy w otulinie Parku, chociaż biorąc pod uwagę zabudowanie okolicy i infrastrukturę, trudno mówić o tych obrzeżach jako o otulinie.

Odwiedziny w lasach parku są dla nas codziennością, a historia o której opowiem wydarzyła się już dawno zakończeniu naszej regularnej ekspedycji pionierów.
Jak zwykle, w jesienny niedzielny poranek wybrałam się z moją przyjaciółką na rowerową przejażdżkę do lasu.

Na naszej tradycyjnej trasie do Lasek, nagle na szlaku zaskoczyła nas majestatyczna sylwetka łosia pasącego się przy leśnej drodze. Zatrzymałyśmy się na skraju drogi aby obserwować Króla Puszczy. Usiadłyśmy i spokojnie przyglądałyśmy się zwierzęciu gryzącemu listki niskich, kolorowych krzewów. Uczucie dumy, szczęścia, zaskoczenia, mieszało się z uczuciem niedowierzania, że właśnie nam, w tym dniu, w tej chwili, przydarzyło się coś tak niesamowitego.

Zastanawiałyśmy się czy to on, czy ona…W pewnej chwili łoś ruszył w naszym kierunku. Spokojnie spacerując, jakby nie zwracając uwagi na nas, na naszą obecność , kolorowe kurtki, rowery, plecaki- nic go nie wzruszało, ani nie zwracało jego uwagi. Zauważyłyśmy nagle, że jakoś dziwnie stawia nogi, jakoś krzywo.

Zaniepokoiłam się, że jakby w kolorze czerwonym coś wystaje z tylnej nogi na sztorc jakby od kolana w górę. Wyglądało na otwarte złamanie kości piszczelowej. Po kilkunastu minutach łoś przeszedł w miejsce oddalone trochę od drogi – położył się w krzakach i tam pozostał przeżuwając dalej liście krzaków znajdujących się w zasięgu jego dużego łba. Razem z Edytką rozpoczęłyśmy akcję powiadamiania odpowiednich służb o zaistniałej sytuacji.

Po godzinie przyjechał z aparatem mój syn Antoś, a potem razem ruszyłyśmy na przejażdżkę aby trochę się rozgrzać, bo temperatura była niska i zmarzłyśmy. Edyta wróciła do Antka, gdzie mieli razem monitorować łosia do przyjazdu strażników parku, a ja pojechałam do domu po gorącą herbatę i ciasto aby trochę wesprzeć nasz patrol dzikiej odyseji pozostający wciąż w lesie w trudach chłodu poranka.

Z gorącą herbatą w termosie, ciastem i kanapkami wybrała się ze mną Marysia moja, która właśnie wstała i bardzo chciała zobaczyć po raz pierwszy w życiu łosia. Czekaliśmy w tym miejscu jeszcze trochę, do 9.30 . Od czasu powiadomienia dyrekcji dzięki interwencji naszego Krystiana i jego osobistym kontaktom w Parku. Bo przecież w niedzielny poranek o 6 rano nikt nie odbierał stacjonarnych telefonów aby przyjąć informację o potrzebie interwencji.

Do 10 żadna ze służb się nie pojawiła. My wróciliśmy do domu, aby się ogrzać z nadzieją, że łoś będzie miał szansę przeżycia.

Udostępnij:

Facebook
Twitter
Pinterest
LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Tematycznie

Powiązane Wpisy

Zakończenie Dzikiej Odysei

Ekspedycja Pionierów dobiega końca. W połowie lipca jesteśmy w drodze z Magurskiego Parku Narodowego do ostatniej naszej bazy terenowej w Tatrzańskim Parku Narodowym. Po drodze